Szczecin, kowal i psy geje…
27 10 2009Nie tak dawno zostaliśmy poproszeni przez kuzyna Asi, Sławka, aby pomóc mu w zamontowaniu nowego ogrodzenia w ich domu w Szczecinie. Początkowo termin był niepewny, ponieważ (jak się później dowiedzieliśmy) kowal, wykonujący ogrodzenie był delikatnie mówiąc niesłowny. W jedną sobotę byliśmy już praktycznie gotowi do wyjazdu, kiedy Sławek zadzwonił z informacją, że brama nie została dostarczona i nie ma sensu abyśmy przyjeżdżali. Parę dni później jednak ogrodzenie przyjechało a my wsiedliśmy w naszą Mazię i ruszyliśmy do Szczecina.

Marzena i Sławek z córkami
Marzena i Sławek mieszkają na obrzeżach Szczecina. Okolica jest bardzo spokojna, ponieważ dokoła tylko las i inne domki. Można by powiedzieć, że cały teren to wielki plac budowy, ponieważ większość albo buduje albo wykańcza swój dom. Jednakże, kiedy tam dojechaliśmy jedynym pracującym w okolicy był właśnie Sławek. Powodem tego była naprawdę fatalna pogoda. Padał deszcz, temperatura oscylowała między 3 a 5 stopniami Celsjusza, a żeby tego było mało to wiał jeszcze porywisty wiatr. Cała ta aura przegoniła wszystkie osoby zaangażowane w budowę domów, ale nie Sławka. Dla niego była to jedynie tylko mała niedogodność w dojściu do celu. Ubrałem się odpowiednio do sytuacji i ruszyłem z pomocą. Sprawa nie była prosta, bo chodziło o maksymalną precyzję. Na początek montowaliśmy wielką 6 metrową ważącą 250 kg bramę. Plan był prosty – Pierwszego dnia mieliśmy zamontować słupek, rolki, i bramę; drugiego natomiast pozawieszać wszystkie przęsła ogrodzenia i uciekać z powrotem do Dębna. Jednakże pogoda i kowal mocno zweryfikowali nasze plany. Ale po kolei. Wydawać by się mogło, że wymierzenie i wywiercenie 12 dziur, to żaden problem. A jednak problem był duży, bo wystarczyło ustawić rolki o minimetr krzywo, aby cała brama była krzywa o kilka centymetrów. Ale nic, udało się nam, choć zajęło parę ładnych godzin. Poprosiliśmy o pomoc dwóch sąsiadów Sławka i wzięliśmy się za ćwierć tonowego kolosa. Ale co to!? Kiedy postawiliśmy bramę na rolkach okazało się, że szoruje po bruku! Na płaszczyźnie wymierzone było wszystko idealnie, ale nie pomyśleliśmy o pionie. Cholera… wszystko musieliśmy zrobić od początku, tyle, że już następnego dnia, ponieważ zrobiło się ciemno.

Gotowe ogrodzenie
Nastroje poranne nie byłe lepsze od tych z dnia poprzedniego. Ciągle wiało i padało, a temperatura spadła do 3 stopni Celsjusza. Żeby tego było mało, to suczka od sąsiada z naprzeciwka miała cieczkę, co zaalarmowało wszystkie okoliczne psy. Szczekania czy wycia nie było końca… do tego deszcz, wiatr i mróz. My próbujemy przykręcać rolki na 4 cm nakrętkach, aby zwiększyć ich wysokość, a psy z naprzeciwka, nie mogąc dostać się do suczki, zaczęły delikatnie mówiąc zaspokajać się nawzajem… po prostu rewelacyjnie. Całe szczęście, że Sławek ma świetne poczucie humoru i co rusz rzucał jakimś żartem, co sprawiało, że człowiekowi potrafił się wyluzować. W końcu udaje się wstawić bramę i nawet nic specjalnie nie szoruje. Małe poprawki i wreszcie możemy mówić o pierwszym sukcesie. Niestety, kolejny problem wyszedł dnia następnego. Otóż kowal, który miał przywieźć części w poniedziałek nagle zapadł się pod ziemię. Była środa, części nie było, a kowal nie odbiera telefonu. Super. Ale dzień oczywiście nie został zmarnowany, a ja nauczyłem się jak się zamontować napęd do bramy, dzięki czemu Marzena wracając wieczorem mogła ją już otworzyć pilotem. W czwartek udało się skontaktować z kowalem, ale koleś tak ściemniał, że w sumie nie było wiadomo czy dostaniemy części czy nie. Dowiedzieliśmy się natomiast, że nie dostaniemy zaczepów do przęseł. No to zadaniem na dziś było przeszukanie wszystkich sklepów budowlanych w Szczecinie. Castorama, Leroy Merlin, Nomi, oraz kilka małych okolicznych. Oczywiście w żadnym nie mogliśmy znaleźć nic interesującego. Wkońcu jednak udało się wybrać coś sensownego, więc wróciliśmy do domu i zabraliśmy się do pracy. Oczywiście pogoda ciągle paskudna, psy geje nadal nie dają za wygraną, i na domiar tego wszystkiego okazało się, że kowal źle wymierzył przęsła. Super… teraz czeka nas jeszcze kucie murka. Wspaniale. W piątek kowal przebrał miarę. Sławek zagroził mu sądem, ale ten wcale się nie przejął. Pojechaliśmy do jego pracowni po części, za które już zapłacili, ale ”mistrza partacza” nie było. Jego brat dał nam części, ale zgadnijcie co się stało: nie były one pomalowane (zapomniałem zaznaczyć że według umowy całe ogrodzenie ze wszystkimi elementami powinno być dawno oddane). Trudno, co robić. Sprawa zapewne skończy się w sądzie. Ale ogrodzenie nadal niezrobione. Pojechaliśmy na malarnie i tu pojawił się promyk szczęścia. Szef powiedział, że akurat coś malują w tym kolorze i będzie gotowe na 14. Świetnie, tylko jak przyjechaliśmy o 14 to części nie tyle nie były pomalowane, co po prostu pracownicy nie mogli ich znaleźć! Przy naszej pomocy (części leżały tam, gdzie szef je zostawił) udało się wreszcie oddać je do malowania. Jednakże do odebrania dopiero następnego dnia rano. Cóż zrobić. W sobotę pierwszy raz od tygodnia była ładna pogoda. Nawet psy gdzieś sobie poszły. Tylko źle wykonana praca kowala pozostała. Jednak nie będę się już rozpisywał, co źle było wymierzone, co do siebie nie pasowało. Grunt, że wieczorem całe ogrodzenie było gotowe. Z dwóch dni zrobił się tydzień. Zmęczeni byliśmy potwornie, a Sławek z Marzeną mieli jeszcze dodatkowe atrakcje z kowalem. Jednak efekt końcowy daje tyle satysfakcji, że na pewno dobrze będę wspominał pobyt w Szczecinie. Oczywiście nauka też nie poszła w las i pewnego dnia będę w stanie sam takie ogrodzenie postawić.


